
A.T.L.A.S. (Always Tired, Living As Subject) , 50×60 cm, 2026, oil, canvas
Jesteśmy wielką infrastrukturą pozorów. Miasta próbują grać monumenty cywilizacji, a w praktyce rozpływają się w smogu. Cała ta rzekoma potęga kończy się śladem równie trwałym jak smuga na niebie po przelocie chmury.
Jesteśmy funkcją życia: rodzimy się, rozmnażamy, umieramy. Spełniamy biologiczne obowiązki, a potem gonimy za celami i osiągnięciami, które sprzedajemy jako troskę i opiekę. Nie dlatego, że to cokolwiek buduje, tylko dlatego, że chcemy mieć to na własność — i nie umiemy odpuścić, żeby ktoś inny nie zatroszczył się o nasze „coś” po swojemu.
Zamiast głowy — płomień: idziesz, pracujesz, zarabiasz; wszystko ma być „twoje”. To nazywamy zaradnością. A z czasem płomień się wypala — i nagrodą bywa cisza w mieszkaniu, zmęczone ciało, kilka rachunków i świadomość, że większość energii poszła na podtrzymanie mechanizmu, który jutro zmieli kogoś następnego.
Lęk i bezsilność to nasza ludzka dekoracja: stały element krajobrazu, do którego zdążyliśmy przywyknąć.
Jesteś maską czy twarzą — a może tylko pustym ubraniem? W tym świecie wszystko ma być „rozwojem”, nawet jeśli jest tylko kolejną drabiną do wspinania się w cudzym tempie, po szczeblach ustawionych przez kogoś innego.
Odgrywamy swoje role: pracowity, konkretny, przyzwoity — a i tak sprowadza się nas do kogoś, kogo trzeba poprawiać, dociskać, dociągać. I zostaje ta myśl, że efekt końcowy bywa żenująco mały: po całym życiu dźwigania własnych „planet” zostaje ulotna smuga — czasem tabliczka, czasem pomnik, a czasem nic.

