Moje obrazy powstają z pasji i przemyślanego rzemiosła, a nie z bezmyślnego kopiowania czy przerysowywania otoczenia. W malarstwie szukam autentyczności i techniki dawnych mistrzów, łącząc tradycyjny warsztat z wyobraźnią oraz dystansem do świata. Nie wierzę w puste mody – wierzę w godziny spędzone z pędzlem w ręku i czystą radość z tworzenia sztuki.

Urodzony z talentem do malarstwa i równie mocnym talentem do rozpraszania się, dziś artysta 40+ funkcjonuje na pograniczu pracowni i kalendarza, który zawsze jest pełny – tylko rzadko z tego wynika obraz.

Zaczęło się klasycznie: Liceum Plastyczne (tam, gdzie człowiek dowiaduje się, że da się jednocześnie kochać sztukę i nienawidzić martwych natur), potem Technikum Plastyczne (dla bezpieczeństwa, żeby talent miał papier), a następnie studia na kierunku związanym ze sztuką i obrazem – z naciskiem na to, że obraz rozumiał, analizował, rozbierał na czynniki pierwsze, składał w głowie, a czasem nawet przenosił na płótno. Formalnie: wykształcenie pełne. Praktycznie: wykształcenie niebezpieczne, bo uczy zbyt wielu rzeczy naraz.

Przez lata robił to, co robią ci, którzy traktują malarstwo poważnie: malował, studiował, ćwiczył, oglądał, porównywał, kwestionował, poprawiał. W międzyczasie pracował jako wykładowca i korepetytor – czyli zawodowo tłumaczył innym, jak znaleźć własny język, samemu mając na stanie kilka języków i brak czasu, żeby którymkolwiek mówić płynnie.

Nie interesują go biografie „wielkich malarzy”, bo większość brzmi jak tania powieść: połowa jest banalnie zmyślona, a druga połowa to marketingowy kit z domieszką technologii, których jeszcze nie rozgryźliśmy. Zamiast mitologii woli konkrety: papier, warsztat, godziny spędzone na ćwiczeniach. I właśnie w tym jest ironia – bo w świecie sztuki konkrety nie zawsze wygrywają ze szczęściem, układami i odpowiednio ustawioną opowieścią.

Kiedy próbował utrzymać się z własnej twórczości, sztuka zachowała się jak kapryśna muza: akurat wtedy odwróciła głowę, a płótna zaczęły powstawać wolniej niż rachunki. W efekcie artysta – wierny malowaniu, ale zmęczony walką z niewidzialnymi zasadami „kto się wkręci, ten żyje” – trafił do korporacji. Tam odkrył, że wyścig szczurów naprawdę istnieje, a on, owszem, biegnie, tylko jakby nie w tym samym tunelu co reszta.

Dziś tworzy z dystansem i samoironią: bardziej jako pasjonat niż zawodowy zdobywca grantów, wystaw i legend. Nie buduje wokół siebie romantycznej historii – buduje obrazy, kiedy uda się wyrwać czas z kalendarza. A jeśli coś go napędza, to nie mit „artysty sukcesu”, tylko upór człowieka, który wie, że nawet jeśli malarstwo czasem udaje, że go nie zna – on nadal zna je na pamięć. 

Comments are closed.